sobota, 22 września 2018

Taki poranek


Niespodziewanie trafił mi się luksus w postaci części weekendu bez dziecka. 
Więc korzystam na całego. 
I już mnie nie ma. 
A że zaczął się sezon na chłodne wieczory, kocyki, książki,  świece i wino to lepszej miejscówki niż ta pustelnia nie ma.

***
Stek bzdur, butelka kłamstw, na pamięć znam...

wtorek, 11 września 2018

Zbieram się, i zbieram...

żeby nadrobić zaległości, ale nic jakoś z tego nie wychodzi.
Znów gonitwa i ciągły deficyt czasu.
Czyli norma.
Wracamy do starych nawyków i złych przyzwyczajeń.
A było tak cudownie... no prawie, bo...

Urlop aktywny okazał się tylko z nazwy. Znów norma. Raz czy dwa zagościłam na plaży wczesnym rankiem (miało być codziennie) i kilka razy wieczorem.
Może jednak tak zupełnie tragicznie nie było, bo jednak kilka krótszych (2 km w jedną stronę) spacerów plażą zostało zaliczonych. Plus jeden długi - tradycyjnie do Jastrzębiej Góry.
Znów odpuściłam Dębki. Chyba dostatecznie motywującego towarzystwa mi zabrakło na te 9 km.
No to może za rok...?
Kulinarnie jestem za to spełniona.
Ryby w ilościach hurtowych (szkoda, że ceny detaliczne), różne, byleby z morza, pod każdą postacią, codziennie bez wyjątku, albo i dwa razy dziennie. Miałam wrażenie, że jeszcze kilka dni, a wyrosną mi płetwy jak nic.
No i wino, wino, wino... wykupiłam chyba całe różowe ze wszystkich okolicznych sklepów. I prosecco.
No i ulubione miejsce w tym roku 5`ta klepka - moje klimaty :-))



Pogoda w sumie dopisała. Woda była ciepła (jak na Bałtyk). Atmosfera świetna. Luz kompletny. Nawet malować się nie musiałam, bo rzęsy załatwiały wszystko ;-)
Odpoczęłam, zregenerowałam się, złapałam dystans. Urlop oczywiście był za krótki, bo powinnam wziąć urlop od wszystkiego i na zawsze, a przynajmniej na bardzo, bardzo długo.
Pewna kwestia mąciła mi myśli, ale do tego przywykłam. Choć akurat jakoś szczególnie brakowało mi... no tak, było inaczej niż przez ostatnie tygodnie, pewnie dlatego.

Możliwie długo przeciągnęłam powrót do Warszawy, do ostatniego możliwego dnia, do wieczora 2 września. Walizki rozpakowałam dopiero w tę sobotę.
Nikt nie lubi wracać do kieratu.
Tym bardziej, że na miejscu zmiany i to duże.
Czwarta klasa Laury to już nie przelewki. Nauka w szkole na zmiany (gdzie lekcje trwają czasem od godziny 15 do prawie 19, a następnego dnia np. od 8 rano) nie wchodziła w ogóle w grę ze względów organizacyjnych więc, pomimo wcześniejszych planów, jest jak jest - czyli do dupy z mojego punktu widzenia, bo nie mieszkam u siebie tylko znów będę krążyć i kombinować, jak tu nie zwariować przez kolejny rok.
Uświadomiłam też sobie, że pod znakiem zapytania w tym roku stanie zapewne nasz wyjazd na narty poza terminem ferii szkolnych. Yyyyy... tłum ludzi i kolejka na stoku - ta wizja mnie przeraża.
Szukam pozytywów.
Pierwszy tydzień to sprawy organizacyjne, niekończące się zakupy szkolne (brrrr...), organizacja pozalekcyjnych zajęć dodatkowych (już ogarnięte). i sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie (i pranie).
Zapomniałam o chodzeniu do pracy.
Efekt - jakieś osłabienie, lekka infekcja, i po efektach dwutygodniowego odpoczynku ;-(
Czy tylko ja tak mam?
Ale skupmy się na pozytywach.
Mieszkania wysprzątane. Dzieciak ogarnięty. Jest chwila oddechu (przynajmniej teoretycznie). No bo został jeszcze psi fryzjer, mój fryzjer i jakaś wizyta u lekarza.
Chyba można pomyśleć o jakimś dalszym weekendowym wypadzie. Laura ma ochotę na Kraków/Wrocław, ja bardziej Toruń lub Gdańsk. Sprawdzę prognozy pogodowe i coś zdecyduję.
W sumie to wszystko jedno, byleby pociąg tam dojeżdżał a podróż nie trwała cały dzień.

Wraca sprawa kominka. Nie zrealizowałam tego pomysłu rok temu, ale teraz nie mam zamiaru odpuszczać. Dylemat mam. Czy zadowolić się samym portalem kominkowym czy jednak iść dalej w stronę biokominka? Już sama nie wiem. Jak zwykle...





Sprawa do przemyślenia, ale też szybkiej decyzji, żeby się wyrobić przed sezonem książkowo-kocykowym.
A poza tym... hmmm... hmmm... hmmm... ;-)

poniedziałek, 10 września 2018