środa, 29 października 2014

Sprzedałam...

... wózek po Laurze. Kupiłam sobie buty (na teraz).
Wyszło prawie na zero. Może na torebkę starczy...

piątek, 24 października 2014

Romantyczny weekend

Się zapowiada... tzn może bardziej wieczory, bo dzieciaki co prawda teraz śpią na górze, ale niestety w dzień nie bardzo dają żyć.
Tak czy inaczej w sam raz na pierwsze zimno za oknem.
Kominek, kanapa, wino... te klimaty :-) Moje klimaty!
Klasyczną parą pewnie szybko nie będziemy, być może na emeryturze ;-)
Ale jest świetnie, równowaga między spokojem a adrenaliną.
Przecież zawsze o to mi chodziło.
I znów mam!
Mrrr... marabuta trzymam w szafie ;-)

środa, 22 października 2014

Impreza urodzinowa nr 2

Sobota. Klub Kocio & Kwik.
Impreza dla dzieciaków.
Wystarczy jedno słowo: szaleństwo.
Nawet zdjęć nie dało się porządnych zrobić, bo materia była w nieustającym ruchu :-)
Laura zadowolona, dzieciarnia zachwycona. Co prawda skończyło się prawie bezgłosem w niedzielę oraz lekkim katarem, ale kto by się tym przejmował.
I o to chodziło.
Facebook


 
 

sobota, 18 października 2014

piątek, 17 października 2014

To też...

... lubię.
Taki ciepły, choć deszczowy jesienny poranek. Trochę powolny.
Piątkowy, więc ulice Warszawy pustawe. To fenomen, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Latem być może ludzie przedłużają sobie weekend, ale teraz...???

sobota, 11 października 2014

piątek, 10 października 2014

Kronika wypadków (nie)miłosnych - część kolejna...

Uśmiecham się na samą myśl, ale nie jest to uśmiech anioła...

Nie lubię warszawiaków

Podwarszawskie miasteczko. Klub dla dzieci i sala zabaw.
Spotkanie kilku matek (miejscowych + ja) przy okazji urodzin pewnej 8-latki.
Siedzimy na korytarzu, przy stole, pijemy kawę, jemy szarlotkę.
Rozmowa zeszła na temat dzieci i szkoły. Wiadomo jak to na wsi i w małej miejscowości, wszyscy wszystkich znają, wszyscy wszystko o sobie wiedzą, a jak nie wiedzą to sobie dośpiewają. Co ma wielki wpływ na opinię o dziecku chodzącym do miejscowej szkoły. Szkoła jest jaka jest, nauczyciele jak bogowie, na zebraniu nikt z rodziców z żadną uwagą się nie odezwie, no bo wiadomo... po co szkodzić dziecku. Inicjatyw też raczej mało.
Syn jednej z tych matek akurat zaczął naukę w szkole średniej w Warszawie.
Swoje spostrzeżenia z pierwszego zebrania w nowej szkole pani ta zaczyna opisywać od słów:
- ja to nie jestem za tymi warszawiakami... nie przepadam za nimi
Zgadnijcie dlaczego?
Bo na tym zebraniu było bardzo głośno, krzyk prawie, jakieś dyskusje. Rodzicom nie podobało się to czy tamto w szkole, i otwarcie mówili o tym nauczycielowi. Że mają takie i takie propozycje. Że można to i tamto. Że coś trzeba. Jakieś oczekiwania. Jakieś żądania.
Generalnie chciało mi się śmiać z opisanej sytuacji. A raczej z reakcji tej pani na nią.
Ale zaraz potem nie wydało mi się to wcale śmieszne.
Bo co? Lepiej siedzieć cicho jak mysz pod miotłą niż zadbać (próbować chociaż) o lepszą szkołę dla swojego dziecka?
No sorry. To ja już wolę być tym przemądrzałym warszawiakiem, któremu rzekomo wszystko się należy.

Lubię...

... wstać rano, wziąć szybki prysznic, zrobić make-up no make-up (tusz na rzęsy + błyszczyk w odcieniu nude), wyprawić dziecko do szkoły, a wracając kupić kawę "na wynos" w papierowym kubku. spokojnym krokiem wrócić do domu, delektując się kawą i - pewnie ostatnimi już - ciepłymi promieniami słońca. nie spieszyć się... kocham takie leniwe poranki.
Wersja alternatywna (bardzo pożądana): dostać kawę prosto do łóżka w ulubionej filiżance segafredo, ewentualnie niespiesznie nastawić ekspres - no ale to wszystko to już w trybie LUX, kilka razy w miesiącu...


A popołudnia. Z ciepłym światłem zachodzącego słońca, i ciepłym powietrzem.
Do tego intensywne światła samochodowych reflektorów... miasto.
Są obrazy, sytuacje, smaki i zapachy, które wywołują tyle skojarzeń... takich, że aż skręca mnie od środka, i tak blisko do motyli w brzuchu...

Dużo

Miałam napisać, ale to już może jutro...

wtorek, 7 października 2014

Z tyłu głowy...

... jedna myśl.
Nie potrafię sobie wyobrazić bólu matki, która wie, że opuszcza swoje dzieci.
Tak samo, jak nie potrafię sobie wyobrazić rozpaczy tych dzieci.
Taka sytuacja mnie po prostu przerasta.
Wolę nie myśleć. Choć nie bardzo to wychodzi.
Jedyny "pozytyw" - zmusza do myślenia i zastanowienia się: po co ten ciągły pęd, że chyba warto jednak zwolnić i docenić coś zupełnie innego.

Zbyt wielka empatia trochę przeszkadza.
Już nie pamiętam, jak to kiedyś Karola ujęła. Nie ważne.
Taka sytuacja: Laura zaprasza koleżanki i kolegów z klasy na swoje przyjęcie urodzinowe. Nie wszystkich, wiadomo, nie wszystkich  lubi, nie ze wszystkimi się bawi. Ilość miejsc także ograniczona, bo mamy też gości z rodziny. Poza tym to jej przyjęcie, jej goście.
Uprzedzam, żeby zrobiła to w miarę dyskretnie, nie wrzeszczała na pół szkoły, że rozdaje zaproszenia. Żeby tym niezaproszonym nie było przykro, tłumaczę.
No prawie sukces, bo jest też jedna "tragedia", łzy...
W domu tłumaczy mi: Bo Julka ciągle się obraża, jest zła, nie zaprosiłam jej, bo zepsułaby mi urodziny.
Rozumiem, choć ma wrażenie, że czuję się w tej sytuacji mniej komfortowo niż moje dziecko.
Gdyby była taka możliwość: nie wiem, lato, spotkanie zorganizowane w parku czy na placu zabaw, mogłaby zaprosić nawet całą klasę. Sytuacja jest jednak inna.
Z drugiej strony życie jest tylko życiem, "porażki" coraz częściej będą na porządku dziennym, te mniejszego i te całkiem dużego kalibru. Być może moje dziecko kiedyś nie zostanie gdzieś zaproszone, będzie mu smutno, przykro... i będzie musiało to przeżyć.
Kurcze, wiem że całego świata nie zbawię, ale tak mi jakoś byle jak ogólnie...

piątek, 3 października 2014

K & K

I napięty plan na październik.
Dziś urodziny kuzynki. Sala zabaw w okolicach Warszawy, jedziemy zaraz po 16.
No to chyba przy okazji zaliczymy jeszcze weekend w lesie... taka okazja :-) Pogoda ładna.
Choć w zasadzie to powinnam ogarnąć się zakupowo. Laura nie ma butów na jesień: na razie biega jeszcze w balerinach, w porywach zakłada adidasy.
Ja za to "zgubiłam" swoje różowe Catwalki, przekopałam dwa mieszkania i nie mam pojęcia, gdzie są - muszę zrobić drugie podejście. Cieliste szpilki na razie są u szewca (rychło w czas).
Sobie muszę kupić zimową kurtkę. Zbierałam się cały zeszły sezon, ale zima była łaskawa, więc koło lutego odpuściłam. W tym roku odpuścić już nie mogę - pragnę czekoladowego brązu.
Poza tym Laura zapisała się na treningi judo... taaaa.... bardzo jej się spodobało, ja uznałam że to dobra gimnastyka (trening dość intensywny, na razie sprawnościowy, a poza tym może trochę ją zdyscyplinuje...). Więc trzeba by zakupić strój treningowy - Decathlon się kłania.
Więc mamy judo (2 x tyg.) i balet (1 x tyg.). "Mamo, a ja bym chciała na basen".
Chyba się zwolnię z pracy, żeby ją wozić/prowadzać na te wszystkie zajęcia. Dobrze, że pomysł z zajęciami teatralnymi odpadł, a na dodatkowy angielski jeszcze nie uzbierała się wymagana czwórka dzieciaków.
Mimo, że te wszystkie zajęcia są trudne do ogarnięcia w sensie logistycznym, to póki ona ma chęć to pozwalam jej korzystać, niech próbuje, sprawdza co ją interesuje. Poza tym ruchu nigdy nie za dużo - lepsze to niż tłuczenie w gry na tablecie czy smartfonie. Na to ma czas jak już leży w łóżku.
Za tydzień córka ma urodziny. "Mamo, a moje przyjęcie???" No tak. Wstępnie załatwiłam, tak z biegu, przejrzałam net, dobre opinie, dogodna lokalizacja, tzn. wiem gdzie zrobimy. Cenowo też powinno być w miarę OK. Muszę dziś tylko zrobić rezerwację - sobota 18.X. A potem przemyśleć temat przewodni imprezy, zrobić zaproszenia, zamówić tort itd. No dobra, mam 2 tygodnie, które - jak znam życie - tylko śmigną.
Jeszcze impreza rodzinna, to za tydzień.
I fryzjer + paznokcie  - też za tydzień. W końcu się zgrałam z moją fryzjerką, a trwało to ze 3 miesiące. Jej urlop, mój urlop, weekendowe wyjazdy, wypad nad morze, jej wolne soboty (w tygodniu nie ma w ogóle szans). Jedną z ich poświęci mi właśnie za tydzień. Laura stwierdziła, że też obcina włosy, bo ma dość czesania i suszenia przez godzinę. No fakt. Rok temu obcięła na wysokości szyi, dziś ma włosy do połowy pleców. Odrosną. Może nie zmieni zdania przez tydzień...
Jeszcze kosmetyczka się przypomina, trzeba by coś zrobić z twarzą po lecie.
26 października - teatr Palladium, przedstawienie taneczno-baletowe "Szeherezada i Piraci".
27 października - mamy bilans 6-latka, i pewnie szczepienie, które przegapiłam - na razie nie ma szczepionki w przychodni, więc sobie nie zawracam tym głowy. Chciałam nawet kupić jakąś lepszą normalnie w aptece, ale podobno takiej nie ma - muszę zgłębić jeszcze temat.
31 października mamy przyjęcie urodzinowe dzieciaków z Londynu. Ściągają do PL na kilka dni, więc czeka nas sala zabaw w Halloween :-) Fajnie!
W kinach nowy repertuar dla dzieci. Musimy się wybrać. Przynajmniej na Barbie.
Tak w międzyczasie to powinnam ogarnąć mieszkanie, tak gruntowniej. I tu widzę duży znak zapytania. Bardzo duży. I nie wiem czy się nie skończy na pani do sprzątania, bo zwyczajnie czasowo nie ma jak i kiedy.
Samochód też domaga się myjni i sprzątania wnętrza. Bo ile można wozić piach z plaży?
A gdzie czas zabawę z dzieckiem, plac zabaw, spacer? A na chwilę spokoju dla siebie???
Wiem jedno, szykuje się jakiś dziki pęd.
Na listopad jeszcze konkretnych planów brak. No może poza jednym terminem, ale o tym jeszcze przez chwilę nie myślę. Planuję - jak tylko pogoda dopisze - weekendowy wypad do Kazimierza.

środa, 1 października 2014

W powietrzu czuć...

... zapach ciepłej jesieni.
Lubię to!

Z (tego) pozytywnego hasła nic nie będzie. Zbyt popularne zdanie, zbyt często wpisywane w wyszukiwarki, zbyt dużo przypadkowych wejść na bloga - nie o to chodziło.
Wraca stare, choć już mocno zdezaktualizowane.